Pod niebem gwiazd żyjemy, a każdy sam…

Noc. Głęboka i nęcąca swym zapachem. W ciemności spaceruję, zaciskam powieki i czuję zapach fiołków. Tak rzadki w mieście, zapach wiosny i wspomnienie dzieciństwa. Warszawa po woli zaczyna być dla mnie łaskawa, oswojona. Szukam tutaj swoich ścieżek, na nowo buduję mały pajęczy świat. Nocą lubię szukać światła. Światła nie do końca oczywistego. Drżę cała z fascynacji tym co nadejdzie. Nauczyłam się już, że to co nowe może mieć ciekawy smak i być, tym czego potrzebuję. Zmieniam się, motywuję, mam jeszcze sporo pracy, ale jest już bardzo dobrze. Serce podpowiada mi, żebym szła na przód i kochała bez pamięci. Czułość i wyrozumiałość, akceptacja i wsparcie. Przyciskam do piersi tę noc i wiem, że będzie dobra.

W głośnikach „Aleja Gwiazd” w lekko alternatywnym wydaniu:

Na zgliszczach najpiękniejszy wyrasta owoc

Taki szmat czasu. Drżenie rąk wystukujących dźwięk klawiszy. Cisza, która mi teraz towarzyszy. Delikatne mruczenie laptopa, który ogrzewa zupełnie jak kot. Dzisiejszy nastrój? Zagadkowy, odmierzany uderzeniem tętna, co wzbija się i wycisza. Czytam i upajam się historią. Kiedyś wystarczyła herbata i klawiatura, słowa same niosły ze sobą jakieś historie. Szukam inspiracji, wracam do książek. Czasami do początków, do starych czasów. Zauważyłam jakiś rodzaj amnezji, wyparcia i wymazania wszystkiego co było złe. Przez to tracę obiektywności oceny dawnych zdarzeń. Wałkuję jakieś decyzje, których kiedyś byłam pewna. Nie umiem siebie zrozumieć, jakbym rozmawiała z inną mną. Jakąś niezrozumiałą. Zamykam się lekko na świat. Boję się otwierać, uchylać rąbka tajemnicy o mnie. Tej skrytej i wrażliwej mnie, która nie może okazywać intensywnie swoich uczuć, gdyż to zbyt przytłaczające. Nazbyt intensywne, trochę niezrozumiałe dla innych. Kiedy już nauczysz się sobie z tym radzić to wszyscy posądzą cię o chłód, niezainteresowanie lub brak entuzjazmu. Jaka w końcu mam być? Sama nie wiem. Zawsze myślałam, że silna. Ostatnio chyba jednak najlepsze słowo, które mnie określa to niezdarna, rozkojarzona. Gdzie ta moja siła? Doskwiera mi brak przyjaciół u boku. Brak mi ludzi, którzy rozumieją to co czasami wydobędę na zewnątrz. Chcę znów pisać, to jednak coś we mnie otwiera. Jak ranę, która już zdawała się zasklepiona. Niezrozumiały zlepek zdań. Na tym zakończę.

Dławiąc się świeżym powietrzem…

Zakurzone stronice mojej księgi. Dawno nie odwiedzane. Niewypowiedziane słowa, wciąż gdzieś kumulowane w głowie. Tak wiele się wydarzyło, tyle miejsc udało mi się zobaczyć. Kilka chwil schować na dnie serca, tak by pozostały na zawsze. Mój  dzień niczym się właściwie nie różni od tych dawnych. Wciąż biegam między pracą, szkołą, a domem. Właściwie mało mam czasu na to, co sprawia mi przyjemność. Były jednak chwile piękne- Paryż, Wiedeń. Rok nie zaczął się najlepiej, ale nie zamierzam się tym przejmować. Osiągnęłam pewnego rodzaju spokój, pewną stabilizację, która jak dobrze wiem z czasem zacznie mi przeszkadzać i będę chciała by znów coś się zadziało. Lecz kto może wiedzieć, co przytarga ze sobą czas?

Roztrzaskana…

Jestem jak ta butelka co toczy się po stole i mimo że odległość od krawędzi jest spora i tak nikt nie zdąży jej złapać…roztrzaskana. Jest prawie pierwsza w nocy, płakałam. Moja głowa i oczy pogrążają się w nieznośnym bólu, a do tego jestem przeziębiona. Chyba mnie już wszystko przerosło, chyba nadszedł czas pęknięcia bańki. Cały dzień przeleżałam w łóżku, zasypując się rosnącą stertą chusteczek i ciągle ta myśl, że jutro idę do pracy.

Ostatnio mam fioła na punkcie jedzenia i gotowania. Pieczenia chyba też. Nie mam za to czasu, a robienie czegoś w nocy jest kłopotliwe i raczej nie wpływa dobrze na moją sylwetkę.

Filmy, jedzenie, ścianka i powrót, jakoś to napędza moje dni… Zacząć właściwie znów będę musiała od nowa.

W kołdrę…

„Ja jes­tem z tych, co nak­ry­wają głowy kołdrą; z tych, którym strach uniemożli­wia oddychanie.”

Strach zawsze mi towarzyszył. Gdzieś tam zawsze trzymał rękę na moim ramieniu. Trzymał ją po to by wszystko mi uniemożliwić. Ostatnio mam wrażenie, że piję z nim bruderszaft. Patrzę mu głęboko w oczy i uśmiecham się…

-Dlaczego masz mnie ograniczać?

Mogę robić co zechcę. Mogę każdy dzień traktować zbyt poważnie, mogę również śmiać się z każdej chwili. Swobodnie unosić się nad ziemią. Jestem zbudowana z tysiąca pragnień, które chcę realizować. Podnoszę głowę i jestem pewna, wszystkiego co robię. Mam w okół siebie dobrych ludzi, mam Wrocław, który tak kocham. I ciągle mam myśl, że niczego nie żałuję, niczego nie chciałabym zmienić. To chyba daje mi największą siłę.

Chyba nawet nauczę się pływać, a przynajmniej jestem na dobrej drodze…

Delikatny powiew…

„Zaw­sze trze­ba po­dej­mo­wać ry­zyko. Tyl­ko wte­dy uda nam się pojąć, jak wiel­kim cu­dem jest życie, gdy będziemy go­towi przyjąć nies­podzian­ki, ja­kie niesie nam los.”

Właściwie tak sobie dziś pomyślałam. Ja bardzo nie lubię ryzyka. Tak na prawdę wciąż je podejmuję, wciąż się czegoś uczę i wciąż rozpiera mnie duma z osiągniętych zwycięstw. Wciąż staram się nad sobą pracować, zmieniać się i podawać rękę by złapać to ryzyko, podjąć je i przyjąć wszystko co daje mi los, mimo, że nie zawsze są to dobre rzeczy…

Robię sobie tydzień urlopu, przygotuję się solidnie na wykłady, pooddycham świeżym powietrzem, uwolnię moje myśli od zmartwień. Jadę w moje góry, popatrzeć na ten kojący śnieżny widok za oknem. Bardzo brakuje mi go o poranku.

Rozwiązałam ciężkie sprawy i czuję się lżejsza, na reszcie puściły mi nerwy. Cieszę się, bo ja wrócę już będzie 5 listopada, więc coraz bliżej końca mej rozłąki. Tak na to czekam..

Uwielbiam te migoczące światełka i nocne odwiedzanie cmentarzy,  mam do tego sentyment.
Zachwyciłam się ostatnio filmem „Zakochani widzą słonie” jest na prawdę wspaniały. Wciąż muszę obejrzeć tyle filmów, już za nimi nie nadążam.

Biegnę a serce mi drży…

Zimna jesień jednak mnie dopadła. Nie jest ani słonecznie ani przyjemnie. Wciąż jestem tak samo zalatana, wciąż czuję tę samą pętlę na szyi w pracy. Wszystko wiruje, już kręci mi się od tego w głowie. Czekam jak na jakieś zbawienie, czekam na dobrą pogodę. Ludzie mnie zaskakują, czasami. W głośnikach dziś Renata Przemyk, jakoś mnie nastraja do przemyśleń przy półsłodkim winie. Moje serce mimo wszystko się cieszy. Cieszy się na jesień, cieszy się na przyjazd ukochanego, który coraz bliżej. Nie potrafię utonąć w smutku i z tego jestem najbardziej zadowolona, mogłabym godzinami uśmiechać się przypominając sobie jego oczy, usta i dłonie. Moja tęsknota jest coraz większa, ale nauczyłam się z niej czerpać siłę. Tak bardzo obojętne mi to co będzie, byle by tylko zjawił się obok mnie, bym tylko przytulić mogła jego skołatane serce.

Przede mną parę trudnych spraw do ogarnięcia, o których nawet nie chcę myśleć, muszę mieć jednak na wszystko siłę.
Ta piosenka mi o nas przypomina…

„Ten taniec nam wystarczy
By blisko siebie przetrwać w nim do rana
Nieważne kto jak tańczy
Lecz by wzruszenia trzymał na kolanach
Ty wszystkie moje zmysły
I świeże kwiaty nosisz w butonierce
Gdy trzymasz mnie za rękę
To nawet w starej ładnie mi sukience
Więc tańczmy szybko
Dopóki w nas muzyka gra
Nie oddam cię
Nie oddasz mnie
Nieważne nic
Gdy stopy walczą
Pierścionek się zaplątał
Gdy kryłam usta w twojej marynarce
Schowałeś mnie w ramionach
By tylko dla mnie wciąż pieszczoty niańczyć
I to nie smutne wcale
Że tak będziemy tańczyć długie lata
I później gdy upłynął
I my będziemy i nie będzie świata
Więc tańczmy szybko…”
Renata Przemyk

Poruszenie krwi, szybsze tętno, myśl , która nie zasypia…

Tęskniłam za tym miejscem i próbuję je znów ożywić, znów dać mu tę iskrę światła.
Ostatnio wiele się zmienia, zarówno we mnie jak i w otoczeniu.
Robię różne rzeczy, nie boję się, nie czuję się ograniczona. Pierwszy raz zrywam z siebie wszystkie moje lęki, zrywam je i czuję się wolna. Musiałam długo się do tego zbierać, musiałam znów delikatnie dotknąć dna mojej duszy. Potrzebowałam przepłakać kilkanaście nocy i pozbierać się milion razy z potrzaskanych kawałków.
Myślę, że jestem gotowa. Myślę, że kumuluję w sobie niezwykłą siłę. Co przed wszystkim mnie prowadzi?
Ten dar miłości, miłości, która została spełniona. Marzenia, które zostały podane mi jak na tacy. Oczywiście nie za darmo. Zapłaciłam swoją cenę, dokładnie tak jak przewidywałam. Nie były to jednak koszty, których nie zdołałabym unieść. Teraz uwalniam się od tego.

Moje myśli nigdy nie zasypiają.

Zajęłam się ostatnio treningiem wspinaczki na sztucznej ściance. Strasznie mi się podoba. Potrzebuję jakiegoś wysiłku fizycznego by panować nad swoimi emocjami i myślami. Jestem na prawdę zrelaksowana, mimo że w pracy nie dzieje się za dobrze i mam takie czy inne problemy. Postanowiłam zamartwianie się tym odłożyć na inny czas.

Teraz jest przede wszystkim radość z jesieni, czekolada, kasztany, huśtawki i mój uśmiech, który rozlewa się po twarzy, gdy tylko słońce zaświeci mi w twarz.

Jesień co słońcem na mą skroń spływa…

Próbuję ogarnąć tego bloga, nie jest to łatwe, bo połowa rzeczy nie działa a pozostałe zmiany są wprowadzane z opóźnieniem. To jakaś katorżnicza współpraca z Onetem, ale po prostu jest mi szkoda tych lat.
Co u mnie działo się przez ten czas? Dużo pracowałam, połykałam niespożyte ilości filmów skandynawskich, wypiłam hektolitry herbaty w której się ostatnio rozmiłowałam i zaczęłam robić różne rzeczy które wcześniej nie przychodziły mi do głowy. Bywałam na saunie, na basenie, nawet raz wybrałam się do kosmetyczki. Można powiedzieć, że kobieta pełną parą. Myślę, że stałam się bardzo uśmiechnięta, odważniejsza, może nawet się trochę otworzyłam, choć tylko troszeczkę. Jestem też najbardziej stęsknioną kobietą na ziemi, gdyż mój książę na białym jednorożcu wciąż jeszcze już właściwie od 2,5 miesiąca jest w Kandzie. Mnie oczywiście wydaje się jakby nie było go rok i pierwsze1,5 miesiąca było dla mnie strasznie dołujące i przygnębiające. Przyszła jednak jesień a z powodu mojej miłości do niej nie potrafię się nią nie cieszyć i nie chodzić uśmiechnięta od ucha do ucha pochłaniając olbrzymie ilości czekolady.
Jesienią jestem pogodnym rudzielcem! O tak! Postaram się wpadać często.

Czekając…

Moje Kochanie wyjechało. Postanowiłam więc tutaj napisać troszeczkę o moich samotnych dniach w oczekiwaniu. 4 miesiące muszą mi zlecieć szybko. Dziś starałam się o tym za wiele nie myśleć, czekałam na jakąś wiadomość i już wiem, że wylądował i jest bezpieczny. To dla mnie najważniejsze. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Bardzo się o niego martwię. Zostałam na szczęście z pieskiem, dziś trochę spacerowaliśmy. Później poszłam z koleżanką na piwko, długo siedziałyśmy i gadałyśmy, bo była w dość podobnej sytuacji uczuciowej jak kiedyś ja. Bardzo dziwnie mi się na to patrzy w innej perspektywy. Pomijając fakt, że prawie zgubiłam torebkę i prawie złamałam nogę przez wyrwę w chodniku, o dzień przebiegł spokojnie. Jutro do pracy mam dopiero na wieczór, jakoś nie chce mi się tam wracać, ale muszę jednak jakoś zarabiać. Szukanie nowej pracy idzie mi jak krew z nosa, a sama nawet nie wiem czy chcę jej szukać. Ciężko określić. Jutro z Hacimierskim(pies) zamierzamy iść na długi spacer na łączkę w parku, znów wrócę cała brudna, ale zadowolona :) Lubię kiedy śpi i na niego patrzę. Już tak bardzo brakuje mi mojego Kochania, brakuje mi jego głosu i ciepła. A to dopiero jeden dzień…